Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aragorn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aragorn. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 lutego 2011

Facebook - Fejsbóg?

Czym jest facebook nie muszę nikomu przedstawiać. Ten serwis społecznościowy w ciągu 5 lat stał sie narzędziem komunikacji oraz mówienia innym ludziom o sobie dla ponad 500 milionów osób, którzy co miesiąc spędzają zalogowani na nim ponad 900 bilionów minut (wg. oficjalnych statystyk). To szokujące liczby. Jednak co takiego w nim jest? Z pewnością sam fakt, że można pochwalić się przed znajomymi nowymi zdjęciami, ważnymi wydarzeniami w życiu, a także to, że można z nimi swobodnie porozmawiać, nie wychodząc z domu. Facebook oferuje multum opcji. Własne aplikacje, gry, możliwość wrzucenia własnych zdjęć (o których już wspomniałem) czy filmów. Jest także wiele możliwości opowiedzenia o sobie. Począwszy od nazwiska i miejsca zamieszkania, przez zainteresowania po informacje o naszych związkach, czy bardzo intymnych sprawach. To powoduje, że całkowicie zanika prywatność. Znajomi, a nawet obcy mogą się prawie wszystkiego o nas dowiedzieć przeglądając nasz profil. Jednak my lubimy dreszczyk emocji. Sprawia to, że wrzucając jakąś informację czy zdjęcie niecierpliwie czekamy na jakieś komentarze, na reakcję znajomych. Prowadzi to do coraz to bardziej intymnego pokazywania siebie. Nie mówię już o nagich czy prowokujących zdjęciach, ale o stopniowym odrywaniu od siebie prywatności. Nasi znajomi dowiadują się z facebooka o niezdanej sesji, o smutnym nastroju, często nawet o tym, że się z kimś rozstaliśmy, bo zmieniliśmy coś w swoim profilu. Szukamy kontrowersji, przeglądamy profile naszych znajomych, żeby dowiedzieć się nowych rzeczy, jakichś plotek. Już nawet nie chce nam się spotykać ze znajomymi, tylko wysyłamy im wiadomość na facebooka. Potrafimy na nim przesiadywać całymi dniami, szukając, plotkując odzierając sie z intymności. Codziennie 10000 stron internetowych integruje się z  facebookiem i możemy na nich klikać magiczne "Lubię to!". Często ludzie, którzy przesiadują na facebooku czy innych serwisach, po wyjściu ze świata wirtualnego nie potrafią się odnaleźć w prawdziwym życiu. Nie potrafią rozmawiać. Stają się nerwowi. Przyjaźnie i związki zrywają poprzez zmienienie statusu na "wolny" albo poprzez usunięcie osoby z listy znajomych. Coraz częściej słyszę hasło" Nie masz facebooka, nie żyjesz". Tak dalece wszedł ten serwis w kulturę. I niszczy człowieka. Sam miałem facebooka. I wiem jak wciąga. Zmądrzałem i usunąłem konto. Nie mam zamiaru chwalić się nowym pryszczem na twarzy, informować kogoś o zdanej sesji, o rozstaniu, opisywać szczegółowo, że "właśnie jem wyśmienitą kanapkę z serem" czy innymi podobnymi hasłami.
    Kiedy uzależniamy się od czegoś, staje to powoli dla nas bogiem. Być może facebok stał się fejsbogiem dla wielu jego użytkowników. Martwi mnie to, bo to oznacza kolejny etap upadku moralnego człowieka. A można mieć tylko jednego Boga, a nie wielu bogów. Cóż z tego, że ludzie będą się zachwycać naszymi nowymi zdjęciami, filmami, informacjami, skoro większość z nich nawet nie wpadnie na pomysł, żeby moze nas odwiedzić, porozmawiać jak człowiek z człowiekiem, a nie jak komputer z komputerem. To my, ludzie facebooka. A właściwie to wy, ludzie fejsboga. Ja się z tego wyleczyłem, Bogu dzięki.
Zróbcie więc wszystko, żeby fejsbóg stał się dla was zwykłym portalem, na którym kiedyś byliście zalogowani, czego bardzo żałujecie. Trzymam kciuki. Pozdrawiam wszystkich, którzy "nie żyją", czyli nie mają facebooka:)

Szybkiego powrotu do zdrowia Robert...

Szybkiego powrotu do zdrowia Robert:)

czwartek, 20 stycznia 2011

Tam przyjaciół kilku mam...

Nie płacz Ewka - ta piosenka towarzyszy mi już kilka lat i jest jedną z tych, które mogę słuchać bez przerwy. Jednak mialem taki okres, kiedy to pierwszy wers tejze piosenki kojarzył ( choć w sumie nadal mi się kojarzy) z pewną osobą i zdareniami, które złożyły się na okres totalnej olewki całego świata. Jakie było moje zdziwienie, gdy na mojej studniówce orkiestra na zakończenie imprezy zagrała tą piosenkę właśnie. Cociaż jeszcze serce kłuje, gdy słysze tą piosenkę, mam andzieję że zanikną w pamięci przykre sprawy, a pozostaną te piękne, dla których warto żyć. Pozdrawiam
http://www.youtube.com/watch?v=PZ83QIW_vSY

niedziela, 9 stycznia 2011

Bo zupa była za słona...

Czas cos napisać, bo trochę tu mi blog zarasta. A więc taka historyja mi się zrodziła.
To była piękna niedziela. Wprawdzie wiosna jeszcze nie nadeszła, ale brak chmur na neibie słońce mocno święcące szybko rozpuściły śnieg mozolnie ogrzewały ciała tych, którzy wybrali się na spacer. Marek ugotował razem z tatą obiad i czekał z nim na mamę, która wybrała się w tym czasie do kościoła. Nie wiedział kiedy powiedzieć rodzicom, że wygrał szkolny etap ogólnopolskiego konkursu matematycznego. Chciał się tym pochwalić. Myslał: - wreszcie rodzice bedą ze mnei dumni. Powiem im podczas wspólnego obiadu. - Marek bardzo się starał, by wygrać ten konkurs. Chciał wynagrodzić rodzicom ich trudy, to, że dużo czasu poświęca na kulegó, komputer, a mało na naukę i dla nich. Teraz, kiedy tata wrócił z Francji, gdzie pracował 8 lat, wreszcie wszyscy są razem, brakuje tylko dwójki rodzeństwa, które studiuje daleko od domu. Marek posprawdzał nowiny w internecie, kiedy to nagle usłyszał dźwięk jadących samochodów. To było pewne, że samochody jadą z kościoła. Nie mógł się doczekać powrotu mamy. Kiedy wróciła, tata przygotował talerze, wlał zupy i zaczęli jeść. Marek chciał jakoś zacząc rozmowę, lecz nie przewidział, co się dalej wydarzy. - Trochę słona ta zupa - odezwał sie nagle. Wiedział że troche przesadzili z solą i nie posłuchali mamy,która mówiła, by solić pod koniec gotowania,a nie na początku. - Strasznie słona - powiedziała mama. - mowiłam przecież ci Stefan, żebys solił pod koniec- zaczęła wyraźnie podnosić ton. - Ale ty.. ty nigdy mnie nie słuchasz!!! I tak od 25 lat!!!! Zawsze musisz zrobić cymbale po swojemu!!! Przeciez tego nie da się jeść!!! - po tych słowach wylała zupę do zlewu. Marek nie wiedział co robić. Próbował jakoś bronić tatę, ale mama nie pozwoliła mu dojść do głosu. Tata milczał. Mama tylko westchnęła i odezwała się raz jeszcze: - Jezus Maria!!! - po czym wyszła. Tata dokończył zupę i również w milczeniu wyszedł. Marek popatrzył na dyplom, który trzymał w ręce, by pokazać rodzicom. Był cały zmięty, mokry od potu rąk. Marek wstał, zaniósł go do pokoju i rzucił na sterte różnych mniej lub bardziej ważnych dokumentów. Usiadł przy komputerze i zupełnie rozwalony psychicznie zaczął odreagowywać, rzucając się w wir pornografii. - przepraszam, że się tak zezłościłam - powiedziała mama do taty. - Nie szkodzi słonko, przyzwycziłem se - odparł tata. - Stefan..... - co? - porozmawiaj z Markiem ok? - dobrze, ale wieczorem, teraz mecz oglądam. - Marek zszedł na dół i zaczął se ubierać. - Gdzie idziesz? - zapytał tata. - ide sie przejść - powiedział Marek. w rzeczywistości poszedł pobiegać i wypłakać się. Po powrocie, tata poprosił go o rozmowę. - Marek, co ci jest? - nic.... - no przecież widzę. Mów co ci jest - no bo chodzi o tą kłótnię...- Po twarzy Marka popłynęły łzy - chciałem się wam pochwalić, że wygrałem szkolny konkurs matematyczny, miałem to powiedzieć podczas obiadu, ale pokłóciliście się, a ja zniszczyłem dyplom! . . . .-  wykrzyczał wręcz płacząć Marek. - pokaż ten dyplom - powiedział tata. - e, nie ejst taki zniszczony, trzeba go tylko wyprostować. Jeśli chodzi o kłotnię, to wiesz jak to z mamą jest. Przepraszamy. Jesteśmy z ciebie dumni. Jesteś mistrzem wiesz? Naprawdę jestes mistrzem!. - na twarzy Marka pojawił się nieśmiały uśmiech. - Chodź, pokażemy to mamie, ucieszy se, a potem zrobimy placka, albo pogramy w piłkę, przecież jką lubisz, dobrze? - dobrze tato - odparł uśmiechnięty Marek.  - No już pędź pochwalić się mamie - Marek pobiegł. Stefan chciał jeszcze sprawdzić pogodę w internecie, ale Marek nie zamnknął strony z pornografią. Ojca zamurowało. Nie wiedział co robić. Powiedzieć mu teraz? Opieprzyć go? A jeśli się od tego uzależnił? A co jeśli..... Setki pytań w głowie Stefana. Zero odpowiedzi. Nie. Nie powie mu teraz. Porozmawia jutro. Niech dzisiaj się cieszy. I nie powie żonie, bo się za mocno zdenerwuje. Załątwią to sami. Tylko żeby nie było za późno. Zeby tylko Marek .......

niedziela, 26 grudnia 2010

I liczą się tylko dobre placki, prezenty i zdjęcia....

Święta powoli dobiegają końca. Wobec tego zapytajmy się siebie samych: Ile w tym wszystkim było tego co ważne: Boga, rodziny, przeżywania razem z rodziną i radowania się tym, że to do nas i dla nas Bóg zstąpił na ziemię; a ile tego co powinno być na drugim planie: szał€ zakupów, 3 dni gotowania potraw świątecznych, wystrajania choinki i domu tydzień przed świętami. kupowania nowych strojów, talerzy, obrusów i przesiadywania przed telewizorem.
Co roku ten sam scenariusz. Od listopada zastanawianie sie co kupić. Potem wystrajanie choinek, domów. A potem nerwy, kłótnie. Jeszcze spowiedź w międzyczasie, szybka, byle by zdążyć do następnego sklepu. Następnie święta, już trochę przejedzone w związku z tym, co się działo przez 2 miesiące. Wigilia, pasterka, potem jeszcze czas na rodzinę, jakiś wyjazd i wracamy do porządku dziennego. Czy nie zatraciliśmy w tym wszystkim Boga, radości z jego przyjścia? Wydaje mi się, że zatracamy coraz bardziej. Tylko Pan Jezus w żłóbeczku taki sam. I On ciągle przychodzi i rodzi się w nas. Musimy to tylko zrozumieć.
Dzisiaj akurat w związku, żę zawsze w niedziele po Bożym Narodzeniu jest niedziela Świętej Rodziny, no i w tym roku wypada w św. Szczepana, w kościołach był dzisiaj zarówno chrzty, jak i odnowienia przyrzeczeń małżeńskich. Pięknie  wyglądało, kiedy wszyscy mężowie obecni w kościele naraz odnowili swoje przyrzeczenia,  trzymając żonę za rękę, a potem żony. A potem wrócili do domów i pewnie znowu w wielu domach były kłótnie, krzyki, płacz, niezrozumienie.
I jeszcze chrzty. Jedna dziewczyna pół mszy robiła zdjęcia. to z tej strony, to z profilu, zbliżenie na dziecko, na rodziców, tu uchwycić moment chrztu. tu jeszcze tak, a tu jeszcze jedna słit focia. I to wszystko stojąc tyłem do ołtarza. PO mszy każda rodzina (kilka chrztów było) obowiązkowo musiała wykonać sesje przy szopce, przy choinkach, kazdy musiał mieć zdjęcie z dzieckiem. A nikt nie przyklęknął przed tabernakulum, kiedy przechodził z jednej strony kościoła na drugą. Powstrzymałem się, żeby podejść i grzecznie powiedzieć kilka słów, jednak teraz tego żałuję. A przecież chrzest to SAKRAMENT. i to się liczy, a nie zbliżenie, jak dziecko się krzywi.
W tym pędzie świata warto się czasem zatrzymać i pomyśleć, co jest dla mnei ważne. Nie liczą się marności światowe, chociaż tak mocno je przeżywamy, ale liczy się Bóg. NIe możemy się spodziewać łatwego życia z Bogiem, bo takie nie będzie, Będą sukcesy i porażki, radości i smutki. Ale warto oddać swoje życie Bogu i razem z nim iść przez życie. I radować się, że Jezus po to przyszedł z nieba na ziemię, by do nieba wynieść ludzkie plemię.
Pozdrawiam

czwartek, 16 grudnia 2010

Everybody lies...

Everybody lies, jak mawiał dr House (którego jestem zresztą wielkim fanem). Przypomniałem sobie dzisiaj te słowa i muszę mu przyznać rację. Wszyscy kłamią. Kłamiemy w szkole, w domu, kłamiemy bratu, cioci, rodzicom, kolegom, nauczycielom, pracodawcom. Ileż to wymówek mają uczniowie, by usprawiedliwić sobie nieobecność w szkole? Ciągle kłamiemy i to w żywe oczy. Szlag mnie trafia, kiedy prosto w twarz ktoś potrafi kłamać, byle by ci tylko wsadzić nóż w plecy. Nie potrafimy być szczerzy. Mamy w dupie drugiego człowieka, myślimy tylko o sobie, kłamiemy by nam było lżej.
House może i jest szorstki, ktoś powie, że jest dupkiem, ale nie owija w bawełnę. Mówi o czymś takie, jakie to jest. Podobnie i ja. Ktoś się na mnie obrazi, będzie miał do mnie jakieś wąty - trudno, jego problem. Może nie wszyscy lubią szczerość, ale ja taki jestem. Ktoś jest debilem, to mu powiem to w twarz i lubię, gdy ktoś ze mną jest szczery.
Pamiętam, jak byłem mały, rodzice ukrywali przede mną informację o operacji brata. Często rodzice próbują swoje dzieci chronić, kłamiąc. ale czy nie lepiej nauczyć dziecko życia, szczerego życia, a nie uczyć je kłamać? Prawda bywa niewygodna. A niewygodną prawdę próbuję się ubarwić, zmienić. I tak np. prawda o mordzie katyńskim była ukryta na ponad 50 lat. I tak dzisiaj dzieje się na każdym kroku w polityce. Szczyt zakłamania. Posłowie-oszuści skutecznie wciskają nam coraz to kolejne hity, cuda, programy i co im tylko do głowy przyjdzie. A ludzie w to wierzą. Czasami nie wiem, czy ludzie są tacy durni, czy to przypadek. Coraz bardziej skłaniam się ku pierwszemu. A więc, drodzy czytelnicy, bądźmy szczerzy wobec innych i wobec siebie. Pozdrawiam

niedziela, 12 grudnia 2010

Bieszczady

Cały dzisiejszy dzien chodziła mi po głowie myśl, by napisać o Bieszczadach. A więc do dzieła... Co takiego jest w tych górach, że zostały owiane tyloma legendami?
Bieszczady. Przez lata góry dzikie, niedostępne. Podróżnicy wędrujący przez malownicze połoniny, czy wzdłuż doliny górnego Sanu, byli tam skazywani tylko na siebie. Ostoja dzikich zwierząt, rzadkich gatunków, które znalazły miejsce niezniszczone ludzkością. Mężczyźni, samotnicy, wędrowcy, szukający sensu życia, pragnący odnaleźć swoje "Dzikie serce" docierali właśnie tam. Człowiek mógł tam poczuć prawdziwe życie. Dziś, kiedy w każdej chwili możemy sobie pozwolić na wyjazd Bieszczady utraciły trochę ze swej dzikości. Jednak nie utraciły tego, co sprawiło, że stały się legendą - niesamowitego klimatu.
Na ostatnich wakacjach byłem całe 2 tygodnie w sercu Bieszczad - Lutowiskach. Przeżywałem tam rekolekcje oazowe. Przebywajac tam przez tyle czasu miałem okazję do spotkania się z Bogiem. Mogłem tez podziwiać to Boże stworzenie, jakim są góry. Wychodząc na spacer na punkt widokowy, z którego rozpościera się zapierający dech w piersiach widok najwyższych szczytów Bieszczad, obserwując orła, który krąży ponad światem, by w końcu zanurkować po swoją ofiarę, oddychając świeżym, górskim powietrzem, patrzeć na pasące się owce czy hucuły, przeżywając wschód słońca na bieszczadzkich szczytach, pijąc wodę z ożywczego strumienia, zachwycając się przepięknymi kolorami bieszczadzkiej jesieni.
I tylko czekam z utęsknieniem na cieplejsze dni, by znów założyć buty, kapelusz, plecak i ruszyć w podróż po bieszczadzkich szlakach.

czwartek, 9 grudnia 2010

Pierwszy raz

Taaak.... Każdy ma w swoim życiu pierwszy raz. Pierwszy raz w szkole, w pracy, pierwsze spotkanie z dziewczyną. No i pierwszy post w blogu:) Nadszedł i czas na mnie, by swoje wszelkie myśli przelać na tego oto bloga. Wiec może po krótce o mnie: Mam na imię Piotrek.  Jestem Katolikiem. Niepoprawny romantyk, waleczny buntownik.
Życie każdego człowieka to wędrówka. Wędrówka do sklepu, do szkoły, ale tez wędrówka po miłość. A ja tego ciągle szukam i mam taką cechę charakteru, że lubię często po prostu założyć kaptur na głowę i gdzies ruszyć, na wędrówkę, razem z Panem Bogiem
Nie wiem, o czym będzie ten blog, myslę, że to wykrystalizuje się z biegiem czasu, a jak na pierwszy post tyle Wam, drodzy czytelnicy, musi wystarczyć. Pozdrawiam:)